jueves, julio 05, 2007

boliwijskie drogi

W Boliwii jezdzenie autobusami czy busikami stanowi swoista atrakcje. Poziom adrenaliny zalezy od trasy, choc nawet na calkowicie plaskim i pozbawionym stromych zboczy odcinku drogi kierowcy sa w stanie zapewnic atrakcje. Najciekawsze jednak sa drogi prowadzace z gor w obszary dzungli i nie musi to wcale byc slynna droga smierci z La Paz do Yungas (gdzie co chwila ktos spada w przepasc, bo droga jest tak waska, ze miesci sie tylko jeden pojazd a i to nie zawsze).
Raz jechalismy z Cochabamby do Villa Tunari i mielismy okazje zaobserwowac, jak to dziala. Na takich drogach przepisy sa troche inne - zmienia sie pas i co jakis czas ruch jest lewostronny, co dla niewtajemniczonego podroznego jest dosc stresujace, ale mozna sie przyzwyczaic. Kierowcy-kamikadze zjezdzaja z tych serpentyn jak wariaci, wywijajac kierownica na wszystkie strony, a poniewaz nawierzchnia od strony sciany jest zwykle w gorszym stanie, jezdza przy samej krawedzi przepasci. Co ciekawe, wyprzedzaja tylko na zakretach. Im bardziej ostry zakret, z tym wieksza radoscia. A jesli przez przypadek droga idzie prosto, czekaja, az pojawi sie jakis zawijas, zeby moc sobie wyjechac na drugi pas. Ciekawe hobby... Nie zawsze tez zapalaja swiatla. Jada sobie po ciemku przez nikogo niezauwazeni. A my ze srodka mozemy obserwowac kolejne TIRy lezace w rowach czy przepasciach (Na tej trasie widzielismy dwa: w jedna strone jeden, w druga drugi). Jak wyjasnil nam spokojnie znajomy, to normalne, bo prawo jazdy moze dostac kazdy. A jezdzic uczy sie potem...
Ale, nie trzeba zjezdzac kolo przepasci, zeby sie nie nudzic w autobusie. Raz, na przyklad, zahaczylismy bagazem o druty elektryczne. Zerwalismy je i ciagnelismy przez jakies 100 metrow. Oczywiscie, wina lezy po stronie wlascicieli, ktorzy pociagneli sobie przewody na wysokosci bagazow na autobusie, ale zawsze jest na co popatrzec.
Kraj ten nie przestaje zaskakiwac. Kiedy autobus musi przeplynac promem, kazdy pasazer wysiada, palci sobie oddzielny bilecik i zostaje zaladowany na mala lodeczke z silnikiem, ktora sprawnie przebywa odcinek wodny. Autobus natomiast czeka w kolejce, zeby na dziwnej tratwolodzi, przyczepiony dosc niepewnie, jakby zaraz mial wpasc do wody, powoli plynie na drugi brzeg. Tam podjezdza na jakis przystanek zwyczajowy, szybko laduje pasazerow i kontynuuje jazde. Kto nie zdazyl, niech zaluje.
A jesli juz kompletnie nic sie nie dzieje, sami sobie dostarczamy atrakcji. Ostatnio, zeby nie bylo nudno, zgubilam boliwijskie karty migracyjne :-) Na szczescie, udalo nam sie nie zostac w Boliwii na zawsze...

0 comentarios:

Publicar un comentario

Suscribirse a Enviar comentarios [Atom]

<< Página principal