jueves, marzo 22, 2007

12.03.07

Robiac zakupy w supermarkecie, spotkalismy sympatycznego straznika, ktory powiedzial, ze prowadzi hospedaje (wynajmuje pokoje), w ktorym mozemy sie zatrzymac, co tez uczynilismy. Poczestowalismy ich nasza salatka, ktora sobie zrobilismy, co ich niezmiernie uradowalo, wiec nastepnego dnia oni zaprosili nas na kolacje, robiac churasco (takie zapychajace paczkopodobne placki, ktore smaruje sie dzemem lub skondensowanym mlekiem). 2 dnia ich dzieci troche sie osmielily i odkryly, ze nasze plecaki stanowia kopalnie skarbow. Szczegolnie interesujacymi wydaly sie nasze kosmetyczki, latarki i butelka na wode.
Jak zawsze, jablka w ciescie mojej mamy podbily swiat. Zrobilam je jako nasza potrawe narodowa (tu to glupio robic nalesniki po meksykansku...), a ze oni nie pieka tu prawie w ogole, przepis zostal wpisany na koncu Wielkiej Kuchni Chilijskiej a synek zazyczyl sobie takie ciastka na urodziny.

Stolica prowincji, Castro jest bardzo ladnym miastem, calym zbudowanym z kolorowych drewnianych domkow. Czesc z nich stoi na palach (palafito), z czego mieszkancy Castro sa bardzo dumni.W ogogle, na calej wyspie nie ma budynkow blokopodobnych. Na rynku stoi drewniana katedra z poczatku XX wieku. Trzeba przyznac, ze robi duze wrazenie, co jest zasluga zarowno architektury jak i oswietlenia i cichej muzyki (spiewow gregorianskich) przypomnajacej turystom, ze to miejsce modlitwy.

0 comentarios:

Publicar un comentario

Suscribirse a Enviar comentarios [Atom]

<< Inicio